wtorek, 22 lipca 2014

Malta 2014

   Kiedy rok temu opuszczałam Maltę, obiecałam sobie, że wrócę na nią w następne wakacje. Nie mogło stać się inaczej. Lot zarezerwowaliśmy już w marcu, znajdując bardzo korzystną ofertę cenową. Zarezerwowaliśmy hotel poprzez hostel4you i pozostało nam jedynie czekać i odliczać dni do wyjazdu.

 Przyjazd.


   28 maja, tuż po godzinie 9, stawiliśmy się na krakowskim lotnisku. Średnio wyspani, ale pełni nadziei, że dzień, który się rozpoczął, będzie jednym z najlepszych dni w naszym życiu. Na strefie bezcłowej zakupiliśmy nieco alkoholu, gazet oraz wody i po godzinie czekania udaliśmy się do kolejki, by radośnie wkroczyć na podkład samolotu. Oczywiście lecieliśmy Ryanairem.








 Lądowanie było naprawdę twarde, ale kto by się tam przejmował, prawda? Najważniejsze, że byliśmy w końcu na upragnionych wakacjach. Po wyjściu z terminalu powitał nas taki widok:


   Dwadzieścia minut później załadowaliśmy się do na szczęście klimatyzowanego autobusu i udaliśmy się w stronę naszego hotelu. Rok temu mieszkaliśmy w uroczej miejscowości Bugibba, która była dość spokojną turystyczną bazą noclegową. Tym razem stwierdziliśmy, że potrzeba nam trochę życia i rozrywki, więc wybraliśmy hotel w imprezowej dzielnicy Malty - Peaceville.
   Jeżeli ktoś nie był wcześniej na Malcie, może mieć problemy ze zrozumieniem trasy autobusów. Na mapkach które dostają turyści nie ma dokładnych nazw przystanków, nie we wszystkich autobusach nazwy te się też wyświetlają za kierowcą, ogólnie to jeden wielki bałagan. Oczywiście przejechaliśmy nasz przystanek, dlatego musieliśmy się wracać (dobrze że autobusy odjeżdżają co 5-10 minut), potem godzinę szukaliśmy naszego hotelu, ale na szczęście udało się nam go znaleźć. O godzinie 17 rozpakowaliśmy walizki i zaliczyliśmy pierwszy spacer po okolicy. Wieczorem padliśmy na łóżka zmęczeni, spragnieni snu, i tutaj zonk...

W naszym hotelu byli Włosi. Dużo Włochów. Około 12 Włochów w wieku 18-25 lat, zajmujący dwa duże pokoje na tym samym piętrze. Ja nie wiem, czy oni coś ćpali, czy oni coś pili, ale nie wydaje mi się, bo mój tata mówi, że taka już włoska kultura... Wrzaski rozpoczęły się około północy i trwały do 6 rano, kiedy w końcu naprawdę zdenerwowana, wstałam z łóżka, ubrałam się i po prostu poszłam ich ochrzanić. Zrozumcie - gość leżał na łóżku i darł się jak zarzynane prosie zupełnie bez powodu, pod ich drzwiami można było po prostu ogłuchnąć.
Minę miał nietęgą kiedy mnie zobaczył, wydawało mi się, że nawet mu głupio było kiedy go ochrzaniłam, wzruszył tylko ramionami, stwierdził, że nie rozumie angielskiego ale chyba wiedział o co mi chodziło, bo nastała błoga cisza.


Mellieha Bay


Nieco niewyspani udaliśmy się na śniadanie.



 Oto przykłady śniadań. Oprócz tego można było też robić sobie grzanki, były jajecznice, omlety, kilka rodzajów szynki, sera, płatków do mleka, warzyw i owoców, jednak ja prawie codziennie jadłam to samo. Myślę że śniadania były adekwatne do ceny którą zapłaciliśmy razem z noclegiem, jestem nawet w stanie pokusić się o stwierdzenie, że były warte więcej.

Najedzenie spakowaliśmy torby i wyruszyliśmy w czterdziestominutową podróż na Mellieha Bay, największą plażę na Malcie. Skwar był niesamowity, naprawdę, wytrzymaliśmy tam bodajże dwie i pół godziny. Oto kilka zdjęć:




Coś jednak w tej plaży było nie tak, choć nie umiem dokładnie powiedzieć co. Może fakt, że była bardzo blisko drogi. Może to, że nie było tam dużych fal na które uwielbiam się rzucać. Nie wiem, w każdym razie, to była nasza jedyna przygoda z Mellieha Bay.
Powróciliśmy tym samym autobusem, tą samą czterdziestominutową trasą do hotelu. Trasa ma długość ok. 20km, ale autobus musi jechać po ostrych zboczach, wąskich drogach i zatrzymywać się na wielu przystankach, dlatego trwa to tak długo. 

Marsaxlokk

Marsaxlokk to największy port na południowej Malcie. Wybraliśmy się zobaczyć go po raz pierwszy w życiu. Po podróży do Valetty, która trwała jakieś 30 minut, przesiedliśmy się na kolejny autobus, tym razem w prawie godzinną podróż na południe.











Port był uroczy, pełny kolorowych łódek które są znakiem charakterystycznym Malty. Bardzo mi się podobał.

Sliema/St.Julians

To zdecydowanie moja ulubiona część wyspy. Miejsce, w którym mogłabym zamieszkać.













Jedliście kiedyś pizzę w McDonaldsie? Pycha!

  Niestety, ceny mieszkań są tam naprawdę wysokie, dlatego że zatoka St. Julians w sąsiedztwie Peaceville to w zasadzie serce rozrywkowe wyspy. Setki pubów, restauracji z kuchnią z całego świata, fastfoodów, miejsce przesiadki na inne autobusy, przepiękna zatoka oraz deptak, to wszystko sprawia, że ludzie chcą tam być.

Comino

Błękitna Laguna kusiła nas od pierwszego dnia, ale dopiero w sobotę, dzień przed wyjazdem zdecydowaliśmy się na nią pojechać. A w zasadzie popłynąć.











Bilet na Blue Lagoon kosztował 10 euro. W tej cenie otrzymywaliśmy popłynięcie oraz drogę powrotną, a podczas niej zwiedzanie okolicznych jaskiń, w których woda była niesamowita, choć nie tak niesamowita jak w samej zatoce, widocznej już z daleka. Podczas pobytu na Comino zaskoczyły nas dwie rzeczy. Pierwsza z nich, to ceny. Malta jest tanim krajem, ale nie spodziewaliśmy się, że na największej atrakcji turystycznej, za cudownie zbawienne zimne piwo wprost z chłodziarki wypełnionej pokruszonym lodem zapłacimy... 1 euro. Za granitę, czyli kruszony lód z sokiem owocowym, również zapłaciliśmy 1 euro. Za ciepły posiłek w postaci ogromnej tortilli z baranim mięsem - 4 euro. Uważam że to naprawdę malutko.
Druga rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że na malutką wysepkę Cominotto można było przejść morzem na piechotę. Wiele osób wpadło na ten pomysł, również i ja. Dzika przyroda którą mogłam tam podziwiać była niesamowita. No, może gdyby nie okropnie parzące meduzy na które trzeba było uważać, bo były  w s z ę d z i e.
Jest jeszcze jedna rzecz która mnie zaskoczyła, chyba najbardziej pozytywnie. Nie baliśmy się iść na godzinną wyprawę na drugą wysepkę, nie baliśmy się iść i zażywać kąpieli w chłodnej wodzie, jednocześnie zostawiając nasze rzeczy takie jak telefony komórkowe, portfele oraz aparat na naszych ręcznikach. Malta to bardzo bezpieczny kraj, dlatego ciężko tam o jakieś kradzieże i inne niecne występki.


Gozo 

Byliśmy pewni, że wizyta na Gozo zajmie nam cały dzień. Dwu i półgodzinna podróż w jedną stronę to nie byle co, uwierzcie mi. Tak czy siak, skończyło się na tym, że posiedzieliśmy przy Azurre Window jakieś 15 minut. Fale były tak ogromne, a może tak niespokojne, że naprawdę obawialiśmy się o nasze bezpieczeństwo. Nie chciałabym zostać zmyta do tej studni, więc szybko się stamtąd zwinęliśmy. Następne 3 godziny później byliśmy już w hotelu.



Dingli Cliffs

 Półtorej godziny jazdy autobusem (a wydawało się, że Malta to taki malutki kraj....) od naszego hotelu znajdowały się klify Dingli. Zaglądnęliśmy tam pewnego popołudnia. Kilkudziesięciometrowe przepaście w dół morza skutecznie pozbawiły mnie chęci podchodzenia do krawędzi.







Koty.


Kotów na Malcie jest multum. Serio. Wychodzisz z hotelu, kot. Idziesz do autobusu, kot. Idziesz na pizzę, kot. Idziesz na deptak - kilkanaście kotów. Znałam miejsce, w którym koty żyły, miały swoje domki i można było je nakarmić. Zrobiłam to dwa razy. Pewnego dnia jednak, wracając z zakupów, zgubiliśmy się (przeze mnie! :) ) i trafiliśmy w miejsce, w którym po prostu odjęło mi mowę. Trafiliśmy przed mały budynek, a pod tym blokiem, na maluteńkim ogródku, ktoś urządził kotom przytulny kącik.






Koty miały tam nawet światełka choinkowe świecące w nocy. Maskotki, pluszaki, kocie zabawki, dywan zamiast trawy oraz budki z imionami - to wszystko sprawiało, że te biedne, bezdomne zwierzaki mogły zaznać choć trochę normalności i przytulności. Następnego dnia poszłam w to miejsce zaraz po śniadaniu i udało mi się poznać kobietę, która zorganizowała to wszystko. Powiedziała, że w tym ogródku mieszka dwadzieścia trzy koty, a kawałek dalej jest ich jeszcze kilka. Miejscem, które znałam wcześniej, zajmuje się jej przyjaciółka. Pozwoliła mi nakarmić koty zakupioną przeze mnie karmą oraz trochę się ze zwierzakami pobawić. Znała historię każdego kota - np. jeden trafił na ulicę, bo właścicielka, Brytyjka, przyjechała na wakacje razem z nim i umarła. Biedny kot został na wakacjach już przez całe życie.



Uff. Ale się rozpisałam. Oprócz wyżej wymienionych miejsc byliśmy jeszcze w Valettcie, Popeye Village i kilka razy na plaży Golden Bay. Oto reszta zdjęć:









W drodze powrotnej przelatywaliśmy nad Tatrami:


Przypominam, że zeszłego roku dodałam podobny post, który możecie przeczytać tutaj.

środa, 16 lipca 2014

10 kosmetyków wartych uwagi za +/- 10 zł

Hej hej! Jak mijają wam wakacje? Dziś przychodzę do was z notką na temat 10 kosmetyków, które kosztują około 10 zł i naprawdę są warte uwagi. Uwielbiam, kiedy niska cena idzie w parze z jakością i nie wyobrażam sobie, żeby któregoś z tych produktów zabrakło w moich kosmetykowych zbiorach :) Zaczynajmy!


1. Żele antybakteryjne Bath and Body Works. Cena ok. 9 zł na allegro lub w sklepie stacjonarnym B&BW.


   Jak widać, mam dość sporą kolekcję tych żeli, a i tak wszystkie nie zmieściły się na zdjęciu. Pachną cudownie, pozostawiają ręce naprawdę czyste i dość nawilżone. Zawierają w sobie 70% alkoholu, więc wydaje mi się że dezynfekcja przebiega na wysokim poziomie. Plusem są słodkie opakowania, w które można wsadzić buteleczkę i przyczepić to opakowanie np. jako breloczek do kluczy, torebki, piórnika :) W każdej swojej torebce mam jedno opakowanie i nie wyobrażam sobie wyjścia z domu lub wyjazdu gdzieś bez tego specyfiku.

2.Korektor Catrice Camouflage Cream, ok. 11 zł, dostępny w Drogeriach Natura





 Skusiłam się na ten korektor dlatego, że był dostępny na 40% obniżce, a ja szukałam idealnego czegoś by przykryć niedoskonałości. Okazało się, że to naprawdę kamuflaż. W skali od 1 do 10 kryje w moim odczuciu na 9, utrzymuje się bardzo długo i doskonale niweluje wszelkie zaczerwienienia. Nadaje się też pod oczy, choć nie działa rozświetlająco, a właśnie kryjąco. Osoby z dużymi sińcami powinny być z niego zadowolone. Jedyny minus to niezbyt higieniczne opakowanie, przed włożeniem w niego palca trzeba upewnić się, że nasze dłonie są czyste.

3.Produkty do ust Golden Rose, szminki ok. 10 zł, konturówki 4-9 zł, dostępne w sklepach i na stoiskach Golden Rose.

Szczerze mówiąc, nie wiem co mam tutaj napisać. Te szminki i konturówka są tak genialne, że najchętniej wykupiłabym całe kolekcje. Szminka po lewej to szminka z serii Vision Lipstick w kolorze 104. Ma nawilżającą formułę i przyjemne, satynowe wykończenie. Szminka po prawej to seria Matte Velvet w odcieniu 07, ma matowe wykończenie i jest moim ulubieńcem już od marca. Trzymają się na ustach cały dzień i są po prostu nie do zdarcia, zwłaszcza w komplecie z pasującą do nich konturówką która kosztowała 6 zł.


4. Suchy szampon Batiste, cena 10.90, dostępny w Biedronce



Zastanawiałam się, czy to w zasadzie można zaliczyć do tej notki, bo normalna cena np. w Hebe, albo w drogeriach internetowych to ok. 15 zł, ale ostatnio pojawiły się w Biedronce za 10.90, a z tego co wiem, jeszcze tam są, więc stwierdziłam, że ten szampon może się tu pojawić. Świetnie odświeża włosy gdy ich nie umyłyśmy a musimy gdzieś wyjść. Mam go dopiero ok. 2 tygodnie a już zastanawiam się, jak mogłam bez niego żyć :)

5.Baza pod cienie Miyo, Eye Do, cena 9.90, dostępna w szafach Miyo.



Długo szukałam bazy do cieni w przyzwoitej cenie, która miałaby taką miękką konsystencję i naprawdę podbijałaby kolor cieni oraz przedłużała ich trwałość. Ta sprawdza się idealnie, w dodatku ładnie wyrównuje kolor powieki. Jeśli mi się skończy, na 100% kupię kolejne opakowanie.

6. Maseczki do twarzy z Ziaji, cena ok. 1,50 zł, dostępne we wszystkich sklepach kosmetycznych.

Musicie wybacz mi, że te maseczki są otwarte, ale to chyba najlepszy dowód na to, że ich używam i że są warte polecenia. Świetnie nawilżają, oczyszczają i pozostawiają skórę miękką, idealnie przygotowaną do następnych zabiegów. W dodatku ich cena, niecałe 2 zł w zależności od sklepu i rodzaju maseczki jest śmiesznie niska i uważam że ten produkt jest wart o wiele więcej. W ogóle bardzo cenię sobie Ziaję i mam wiele kosmetyków z tej firmy.

7. Tusz do rzęs Essence Multi Action Mascara, dostępny w szafach Essence za 9.90.


Pierwszy raz kupiłam ten tusz kilka lat temu, jako jedną z moich pierwszych maskar. Zawsze do niej wracam, ładnie podkręca, pogrubia i wydłuża rzęsy. Ma śliczne opakowanie i klasyczną szczoteczkę która dobrze rozczesuje rzęsy. Przez pierwsze tygodnie jest dość mokry, więc może odbijać się w okolicach oczu, ale gdy już podeschnie, jego formuła jest idealna.

8. Lakiery do paznokci H&M, cena 9.90 za 3 sztuki, dostępne w H&M.


Byłam w szoku kiedy przekonałam się, że te lakiery mają takie dobre krycie. To srebrne cudeńko zakrywa płytkę paznokcia już po jednej warstwie! Nie wiem czy za tą cenę znajdziemy coś lepszego :) Wytrzymują na paznokciach 3-4 dni, plus za małą buteleczkę, przynajmniej mamy szansę zużyć lakier do końca.

9. Krem BB 8w1 Eveline, dostępny w drogeriach za ok. 11-12 zł.


Idealny zamiennik podkładu na lato. Ładnie wpasowuje się w kolor skóry, pięknie wyrównuje koloryt twarzy a co lepsze - ma dobre krycie. Cudownie nawilża skórę i wydaje się, jakby na twarzy nie było nic, bo jest taki lekki. Nie podkreśla suchych skórek. Mogę się przyczepić do tego, że producent obiecuje nam zmatowienie skóry, ale zmatowienia żadnego nie ma, więc jeśli ktoś nie lubi efektu zdrowego błysku skóry, to musi użyć pudru. Jeśli chcę mieć naprawdę idealną cerę, a mój makijaż musi długo wytrzymać, nakładam najpierw ten BB krem a potem cienką warstwę podkładu. Sprawdza się idealnie :)

10. Pomadka w płynie Lovely Extra Lasting, Rossmann, ok. 8 zł



Nie znam produktu, który jest bardziej trwały niż ta pomadka. Nie do zdarcia jeszcze bardziej jak szminki Golden Rose. Kiedyś pomalowałam nią usta na 18-godzinną podróż. Wytrzymała! Oczywiście w ciągu podróży normalnie jadłam, piłam, mówiłam. Coś niesamowitego. Do tego ma śliczny, cytrynowy zapach. Niestety jest dostępna tylko w 3 odcieniach, oprócz tego mocnego różowego mamy jeszcze do wyboru soczystą czerwień i kolor wpadający w ceglasty brąz. Myślę jednak, że każdy znajdzie coś dla siebie.



I to już wszystko na dziś. Następną notkę postaram się zrobić o jedzeniu, mam nadzieję, że mi wyjdzie. Dajcie znać, czy macie któryś z tych kosmetyków i jak wam się spisuje. Do następnego wpisu! :)


środa, 2 lipca 2014

Smoothie, koktajl i owsiane tosty, czyli jedzenie które podbiło moje serce

    Niedawno przekonałam się do zdrowej żywności. Naprawdę. Nie wiem jak to możliwe, ale wydaje mi się że miałam po prostu dość zaśmiecania mojego żołądka byle czym. Moje zdrowsze odżywianie trwa już jakieś siedem tygodni, a ja nie dość, że czuję się lżejsza, to jeszcze zgubiłam wstrętne boczki i w końcu mogę nosić urocze crop topy których teraz w sklepach jest dosłownie multum!
 
   No ale do rzeczy - wraz z pojawieniem się w moim domu nie tylko zdrowego jedzenia, ale i blendera oraz tostera zaczęłam naprawdę odkrywać gotowanie. Inspirując się trochę tym, co znalazłam w google oraz posiłkując się moimi własnymi upodobaniami co do smaku, stworzyłam 3 potrawy, które przygotowywałam co najmniej kilka razy w tygodniu i które po prostu uwielbiam! :)

1. Truskawkowo - pomarańczowe smoothie



Składniki:
-świeży sok wyciśnięty z jednej pomarańczy (ale może być też taki z kartonu, tylko żeby to był sok, a nie napój!) lub szklanka wody
-dwie garście zamrożonych truskawek
-garść kostek lodu

Wszystko wrzucamy do blendera i po prostu miksujemy ze sobą. Jeżeli nie lubicie kwaśnego, można dosłodzić sobie jedną, dwoma łyżeczkami miodu :) Idealne orzeźwienie na gorące dni, świetna 'przekąska' na podwieczorek lub drugie śniadanie :)





2. Tosty owsiane



Składniki:
-trzy łyżki płatków owsianych
-trzy łyżki otrębów
-jeden serek wiejski
-2 jajka
-troszkę papryki, szynki drobiowej i mozarelli pokrojonych w kostkę
-szczypta soli i pieprzu

Wszystko wrzucamy do miski, mieszamy ze sobą na dość gęstą papkę i wrzucamy do urządzenia które robi nam gorące sandwiche (w moim domu mówi się na to po prostu toster (:  ). Czekamy jakieś 10 minut i gdy tosty będą już złociste, wyciągamy na talerz. Propozycja idealna na śniadanie :)
Na pewno nie tuczy tak bardzo jak normalne sandwiche z białym chlebem.



3. Koktajl śmietankowo-truskawkowy

Ok. Może to nie jest do końca zdrowe. Ale raz, dwa razy w tygodniu, czemu nie? :)


Składniki:
-garść truskawek
-lód bigmilk lub jakiś inny śmietankowy
-szklanka maślanki/mleka/kefiru (dla tych na diecie może być szklanka jogurtu naturalnego)
-kilka kostek lodu

Wrzucamy wszystko do blendera i miksujemy. Pół minutki i po sprawie. Smakuje przepysznie na drugie śniadanie lub podwieczorek.


Dajcie znać co sądzicie o takich notkach. Ostatnio uwielbiam gotować więc chciałabym częściej dodawać przepisy na takie smakołyki :)


czwartek, 24 kwietnia 2014

Jak spakować się na wakacje? :)

Dzisiaj notka o tym, jak spakować się do bagażu podręcznego na wakacje! Mi udało się spakować na 12 dni do ciepłego kraju (Malta) do małej walizki, wymiarami typowej dla rozmiaru bagażu podręcznego we wszystkich liniach lotniczych.


Po pierwsze, Ryanair w końcu pozwolił podróżować pasażerom z dwoma bagażami podręcznymi. Pierwszy, to walizka/torba o wymiarach 55cm x 40cm x 20cm i wadze 10 kg. Jako drugi przedmiot możemy zabrać małą torebkę 35 x 20 x20cm. Dzięki temu nie musimy już stresować się, że coś nam się nie zmieści, możemy też kupić więcej przedmiotów na strefie bezcłowej i upchnąć je do torby.

Zanim zaczniemy się pakować, warto przemyśleć sobie co tak naprawdę musimy zabrać, a co możemy zostawić z domu. Na początku to było dla mnie najgorsze, ale z czasem doszłam doszłam już do wprawy i wiem, że nie potrzebuję 5 szminek, 20 t-shirtów i szpilek :)

Teraz, na 12 dni, zabieram ze sobą 11-12 t-shirtów, 5 par szortów, 3 pary butów, jedne długie spodnie i jedną koszulę/sweterek który może przydać się na chłodniejszy wieczór.
Myślę, że kluczem do sukcesu jest też umiejętne zapakowanie rzeczy do walizki, o którym opowiem niżej. Zapraszam do oglądania galerii i czytania szczegółów! :)










Po pierwsze, torebka którą można mieć w ręce. Ta powyżej to świetny wynalazek - dwa w jednym. Jest pojemna, mieści format A4, możemy schować w niej małą kopertówkę, która będzie idealna na wieczór lub gdy nie chcemy zabierać ze sobą ogromnej torby. Kopertówka ma w środku łańcuszek, a sama torba posiada jeszcze długi, odpinany pasek.
Niestety ta torebka jest nieco za duża, ale na szczęście nie jest bardzo usztywniana, więc jeżeli nie dopcham jej na 100% to na pewno zmieszczę się w wyznaczonym limicie.




Do torebki warto spakować sprzęt elektroniczny. Ja potrzebuję mieć telefon, słuchawki, aparat fotograficzny, dodatkowy, mały i lekki obiektyw (50mm 1.8, ale świetnie sprawdzi się też np 40mm 2.8, 35mm 1.8, oczywiście to nie przymus, kitowe szkło w zupełności wystarczy) oraz tablet. Na wakacje zabieram ze sobą aparat, którego nie będzie mi szkoda gdy coś mu się stanie lub mi go ukradną. Jeżeli posiadacie cyfrówkę, zabierzcie zwykłą cyfrówkę, nie będzie wam przykro gdy do środka nasypie się piasek, ekran się zarysuje albo najzwyczajniej w świecie ktoś wam go ukradnie! Poza tym cyfrówka jest lżejsza i zajmuje mniej miejsca.
Tablet jest mi niezbędny głównie do czytania książek oraz przeglądania internetu. Zamiast zabierania opasłych tomów wgrywamy sobie ebooki i w ten sposób oszczędzamy mnóstwo miejsca. W zupełności wystarcza też jako przenośny komputer, do odczytywania wiadomości i komunikowania się ze znajomymi. 

Do takiej torby warto też spakować wszystkie dokumenty potrzebne nam na przelot samolotem, trochę jedzenia na drogę, portfel oraz jeżeli ktoś ma ochotę, jakieś zakupy ze strefy bezcłowej. 




Kosmetyki które zabieram ze sobą (od lewej) : dezodorant, eyeliner, tusz do rzęs, podkład, jedwab do włosów, korektor, dwie szminki, dwa żele antybakteryjne do rąk, małe perfumy,
pędzelki do makijażu oczu, uniwersalna paletka cieni do powiek Sleek,bronzer + róż, puder, trzy pędzle oraz małe lusterko.
Tak, wiem, to i tak masa rzeczy, ale uwierzcie mi, potrzebuję tego! Jestem jedną z tych kobiet, która ma problem z ruszeniem się z domu bez makijażu. 



Kolejną sprawą jest odpowiedni kosmetyczka. Moja jest akurat z Sinsay, kosztowała około 10 zł, urzekł mnie przede wszystkim jej kolor oraz to, że jest mega pakowna. Wszystkie rzeczy oprócz dezodorantu zmieściły się w niej bezproblemowo.


Myślę, że ważną sprawą jest też lakier do paznokci który będzie się utrzymywał długo bez poprawek. Mogę z czystym sumieniem polecić lakiery Essie, do kupienia w atrakcyjnych cenach np na stronie kosmetykizameryki.pl . Kolorów jest masa, a lakier na paznokciach trzyma się tydzień. Oczywiście lakier nie jest rzeczą konieczną do zabrania :)




Czas na wybór odpowiednich butów!
Wybaczcie ich stan, ale tylko japonki są nowe i nieużywane. Nike Air Max, model Navigate, noszą na stopach namiętnie od listopada (czas w końcu je wyprać), a czarne, skórzane sandałki mają już 4 lata. Mimo to spędzą ze mną jeszcze jeden sezon - brakuje im tylko kilku ćwieków, ale są mega wygodne! Sandałki dorwałam w jakimś sklepie obuwniczym za zawrotne 59 zł, a japonki są z Sinsay i kosztowały 9,90. Nie są jakiejś wybitnej jakości, ale jeden sezon spokojnie wytrzymają, a ja lubię co roku mieć inne japonki więc i tak za 12 miesięcy kupię nowe.
 Myślę, że 3 pary spokojnie wystarczą na wakacje - japonki na plażę, wygodne sandałki na spacery oraz jakieś sportowe obuwie które przyda się podczas bardziej wymagających wypraw.
Co do butów - najcięższe warto ubrać na nogi do samolotu. W ten sposób w walizce zostanie nam sporo miejsca - japonki zajmują mniej przestrzeni niż takie Nike. Tak samo z długimi spodniami oraz sweterkiem/koszulą. W samolocie bywa chłodno, dlatego warto ubrać się na cebulkę :)

 Kolejną rzeczą której nie może zabraknąć w mojej walizce, to mokre chusteczki. Te z Lidla są moimi absolutnymi ulubieńcami, świetnie zmywają makijaż, ja ścieram też nimi kurze i jakieś lekko zabrudzone powierzchnie. Nadają się też do prowizorycznego umycia rąk. Kosztują 5 zł za 80 sztuk, wydaje mi się, że to dobra cena. Niestety paczka ogólnie jest duża, dlatego w podróż zapewne kupię sobie jakieś specjalne do demakijażu, żeby zaoszczędzić miejsce :)


Kolejna sprawa - miniaturki!
Rossmann posiada w swojej ofercie puste pojemniczki o pojemności 100ml. Możemy przelać do nich szampon do włosów, odżywkę, balsam do ciała, żel pod prysznic, na co tylko mamy ochotę. Możemy też kupić miniaturki produktów - malutką pastę do zębów i malutki żel pod prysznic (na zdjęciu akurat męski, należący do mojego narzeczonego ;) ja sama przelewam swój z domu). Na pokład samolotu możemy wnieść łącznie 10 takich pojemniczków po 100ml każdy. Pojemniczek taki kosztuje 2 zł i uważam że jest świetnym rozwiązaniem! :)



Już ostatnia niezbędna rzecz - materiałowa torba zajmująca niewiele miejsca. Ja kupiłam moją jakieś 4 lata temu w Butiku za 20 zł, chodziłam w niej do szkoły i taszczyłam naprawdę duże ciężary, a mimo to torba nadal wygląda świetnie. Będzie idealna na plażę, zajmuje też niewiele miejsca w walizce. 



Prawie zapomniałam o jedzeniu! Tu też sprawdza się zasada im mniejsze tym lepsze. Miniaturkami słodyczy możemy wypchać wolne przestrzenie między ubraniami w walizce. Taka mała przekąska zawsze się przyda :)



 Zawsze zaczynam od t-shirtów. Tu jest ich aż 11. Zawsze przed spakowaniem prasuję je (tutaj tego nie zrobiłam, bo po prostu do mojego wyjazdu jeszcze miesiąc) i zwijam w ruloniki. Wtedy jest szansa, że mniej się pomną. Na koniec starannie układam je jeden na drugim. Warto też przejrzeć wcześniej swoją szafę, zastanowić się który materiał będzie się miął najmniej :)

Oczywiście kluczową sprawą przejrzenie jest najpierw swojej garderoby i skomponowanie ubrań tak, by wszystko do siebie mniej więcej pasowało.


 Szorty to chyba sprawa oczywista podczas wakacji w ciepłych krajach :) Warto zaopatrzyć się w dresowe, lekkie spodenki których teraz mnóstwo w sklepach - są mega wygodne i wszędzie da się je upchać.
 Myślę że świetnym rozwiązaniem są też sukienki - nakładamy jedną rzecz i już jesteśmy całe ubrane! :)





Wolną przestrzeń w walizce zajmujemy szortami, japonkami oraz bielizną.
 Kosmetyczkę warto wpakować na dół walizki, tak samo jak resztę cięższych rzeczy, tak, by leżała od strony kółek. Pamiętajcie, że wszystkie płyny muszą być w jednym woreczku który później wpakujecie do specjalnej torebki, dlatego warto rozdzielić je już w domu.
 Tak jak już mówiłam - jedzeniem wypełniamy wolne przestrzenie.
Wszystko przykrywamy złożonym w kostkę cienkim ręcznikiem który będziemy zabierać na plażę, oraz materiałową, plażową torbą. 


Uff!
Ja zawsze przed spakowaniem jedzenia staram się jeszcze maksymalnie podociskać rzeczy, np klękając na nich, wtedy mamy pewność, że zajmują one jak najmniej miejsca.  Jak widzicie, tu zostało mi jeszcze naprawdę sporo miejsca, głównie dlatego, że postarałam się ograniczyć swoje rzeczy do minimum. Wydaje mi się, że to klucz do sukcesu - bez sensu zabierać rzeczy, które się nie przydadzą.

Sama walizka to walizka marki Dunlop, kupiona za około 60 zł w UK, przeżyła już niejedną podróż i nadal jest w świetnym stanie. Jest materiałowa, przez co jest elastyczna i można do niej wpakować naprawdę sporo rzeczy. Jest też lżejsza niż taka plastikowa, więc nie zabiera nam cennego miejsca wagowego. 





Podsumowując - pamiętajcie, że pakowanie powinno być jak układanie puzzli, warto poupychać nawet skarpetki w wolne przestrzenie, oraz żeby 2 razy zastanowić się, czy rzecz, którą wkładamy do walizki, będzie nam potrzebna :)